Co tak naprawdę mówi nam rządowa propozycja zmian w podatkach dochodowych?
Ludwig Erhard, jeden z ojców powojennego niemieckiego cudu gospodarczego, powiedział kiedyś, że dobry kompromis polega na takim podziale ciastka, by każdy z partnerów był przekonany, że dostał większy kawałek. Rządowi, prezentując projekt zmian w PIT i CIT, udało się osiągnąć właściwie odwrotny efekt.
Niemal wszyscy podatnicy mają dziś poczucie, że ich kawałek fiskalnego tortu jest zbyt mały – albo przynajmniej mniejszy, niż powinien być. Pytanie tylko, czy przy obecnych uwarunkowaniach z dostępnych składników dało się przygotować coś wyraźnie lepszego. Moim zdaniem – nie.
PIT w dół, CIT w górę
Przypomnijmy najważniejsze założenia projektu. Pierwszy próg skali podatkowej, objęty stawką 12 proc., miałby zostać podniesiony o 10 tys. zł – do 130 tys. zł rocznego dochodu. Nadwyżka między 130 a 150 tys. zł zostałaby opodatkowana nową stawką w wysokości 24 proc., natomiast 32 proc. podatku płacilibyśmy dopiero od dochodów przekraczających 150 tys. zł.
Na zmianach miałoby skorzystać około 3,5 mln najlepiej zarabiających podatników. Pierwsze korzyści byłyby zauważalne już przy pensjach w okolicach 12 tys. zł brutto miesięcznie, natomiast pełny efekt pojawiałby się przy zarobkach rzędu około 15 tys. zł brutto. W takim przypadku w portfelu zostałoby mniej więcej 300 zł miesięcznie więcej, czyli około 3600 zł rocznie. Prawie wystarczy na nowego iPhone’a.
Na obniżkach jednak projekt się nie kończy. Założenie jest takie, by cała operacja była mniej więcej neutralna dla budżetu. Jeżeli więc zmiany w PIT mają kosztować państwo około 10 mld zł, pieniądze te trzeba znaleźć gdzie indziej. I tutaj wybór padł przede wszystkim na przedsiębiorców.
Stawka CIT dla firm osiągających ponad 50 mln euro rocznego obrotu miałaby wzrosnąć z 19 do 22 proc. Ośmiokrotnie zmniejszony zostałby również limit przychodów uprawniający do korzystania z ryczałtu – ta forma opodatkowania byłaby dostępna jedynie dla przedsiębiorców osiągających do 250 tys. euro przychodów. Do tego dochodzi podwyżka daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc.
Projekt szybko spotkał się z krytyką z kilku stron. Jedni wskazywali, że proponowane podniesienie progów jest właściwie symboliczne i w żaden sposób nie rekompensuje skumulowanej inflacji oraz wzrostu wynagrodzeń od 2022 r., kiedy ustalano obecnie obowiązujące wartości. Inni zwracali uwagę, że korzyści odczują przede wszystkim lepiej zarabiający, podczas gdy rząd w ten sposób może próbować wycofać się z dużo kosztowniejszej obietnicy podwojenia kwoty wolnej od podatku – rozwiązania, które objęłoby znacznie większą grupę podatników.
Pojawia się też trzeci argument: wyższe podatki dla przedsiębiorstw mogą osłabić inwestycje, a część nowych kosztów ostatecznie zostanie przerzucona na klientów.
Wszyscy mają rację. Tylko co z tego?
Najbardziej przygnębiające w tej dyskusji jest to, że właściwie każda ze stron ma trochę racji. Jednocześnie bardzo trudno wskazać rozwiązanie, które w obecnych warunkach byłoby naprawdę dobre. To rezultat wieloletnich zaniedbań w polityce fiskalnej kolejnych rządów oraz rosnącego rozdźwięku między oczekiwaniami politycznymi – często przez te same rządy rozbudzanymi – a możliwościami gospodarczymi państwa.
Obniżki PIT chciałby dziś właściwie każdy. Zarówno wysokość kwoty wolnej, jak i drugi próg podatkowy coraz słabiej odpowiadają realiom gospodarki. Kwoty 30 tys. i 120 tys. zł z 2022 r. odpowiadałyby w 2026 r. mniej więcej 48 tys. i 180 tys. zł, jeśli pierwszą z nich zestawić ze wzrostem płacy minimalnej, a drugą ze wzrostem przeciętnego wynagrodzenia.
Do tego dochodzi polityka. Kwota wolna w wysokości 60 tys. zł była jedną z najbardziej rozpoznawalnych obietnic największej partii rządzącej. Wyborcy mają więc pełne prawo oczekiwać jej realizacji, a w razie jej braku – czuć rozczarowanie.
Brak waloryzacji drugiego progu podatkowego jest z kolei coraz trudniejszy do obrony z punktu widzenia sprawiedliwości systemu. Osoby zatrudnione na umowach o pracę mogą płacić wyższe podatki niż często zamożniejsi przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą, którzy korzystają z podatku liniowego albo ryczałtu. Nic dziwnego, że pracownicy etatowi oczekują zmian, a rząd nie może tych nastrojów ignorować.
Problem w tym, że zamrożenie kwoty wolnej i progów podatkowych jest jednocześnie niezwykle korzystne dla budżetu. To jedna z niewielu podwyżek podatków, które można przeprowadzić praktycznie bez podejmowania żadnej decyzji – wystarczy pozostawić obecne wartości bez zmian. W tym roku ma to przynieść finansom publicznym około 14 mld zł.
Widać to również w wykonaniu budżetu. Od stycznia do lipca 2026 r. wpływy z PIT wzrosły o około 12,2 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Dla porównania dochody z VAT zwiększyły się o około 2 proc., a z akcyzy o 1,7 proc.
Oczekiwania polityczne coraz dalej od gospodarczych realiów
Jednocześnie sytuacja budżetowa pozostaje bardzo napięta. Przy deficycie trwale przekraczającym 6 proc. PKB wysłanie rynkom finansowym sygnału, że Polska zamiast ograniczać nierównowagę fiskalną decyduje się na wielomiliardową obniżkę podatków, byłoby co najmniej ryzykowne.
Wygląda więc na to, że rząd próbuje za pomocą jednej propozycji osiągnąć dwa cele. Z jednej strony przekonać rynki, że w ujęciu netto nie dojdzie do znaczącego uszczuplenia dochodów państwa. Z drugiej – dać przynajmniej części podatników poczucie, że ich sytuacja się poprawia.
Problem polega na tym, że najprawdopodobniej nie stać nas dziś na taką obniżkę podatków, jakiej wielu podatników oczekuje. Technicznie oczywiście pieniądze można znaleźć – pytanie brzmi jednak, jakim kosztem. Przy bardzo wysokich potrzebach wydatkowych, napiętej sytuacji geopolitycznej i globalnym wzroście rentowności obligacji finansowanie kolejnych deficytów będzie coraz droższe.
Dlatego zmiany podatkowe należałoby oceniać nie tylko przez pryzmat realizacji obietnic wyborczych, ale także pod kątem ich wpływu na wzrost gospodarczy.
Według Ministerstwa Finansów PIT charakteryzuje się mnożnikiem fiskalnym na poziomie -0,705. W dużym uproszczeniu oznacza to, że zwiększenie wpływów z tego podatku o 1 zł może obniżać realne PKB o około 0,71 zł. Obniżenie PIT działa więc w przeciwną stronę: więcej pieniędzy pozostaje w kieszeniach gospodarstw domowych, co wspiera konsumpcję i zwiększa popyt.
Problem w tym, że proponowana zmiana nie obejmuje wszystkich podatników. Zamrożenie progów pozostaje szczególnie niekorzystne dla klasy średniej i dodatkowo sprzyja rozwojowi fikcyjnego samozatrudnienia. A przeznaczone na tę reformę około 10 mld zł prawdopodobnie nie pobudzi gospodarki w takim stopniu, jak zrobiłoby to podwyższenie kwoty wolnej – nawet gdyby podwyżka ta była mniejsza od wcześniej zapowiadanej.
W przypadku CIT sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Skutki podwyższenia tego podatku pojawiają się z opóźnieniem, a ich skala nie jest już tak jednoznaczna. Po dwóch latach mnożnik fiskalny ma wynosić około -0,261.
Nie obawiałbym się przy tym najbardziej scenariusza, w którym największe firmy po prostu przerzucą cały koszt wyższego podatku na konsumentów. W praktyce obciążenie zostanie prawdopodobnie rozłożone – w trudnych dziś do oszacowania proporcjach – pomiędzy właścicieli firm, pracowników oraz klientów.
Znacznie większym ryzykiem jest ograniczenie inwestycji w dłuższej perspektywie. OECD od lat zwraca uwagę, że wyższe opodatkowanie przedsiębiorstw zwiększa koszt kapitału i może zmniejszać skalę prywatnych inwestycji.
Nie oznacza to oczywiście, że każda podwyżka CIT jest z definicji błędem. Sama koncepcja, zgodnie z którą najwięksi podatnicy biorą na siebie część ciężaru, odciążając klasę średnią, może mieć uzasadnienie. CIT jest jednak takim źródłem dochodów państwa, z którym należy obchodzić się szczególnie ostrożnie. Dlatego ewentualnej podwyżce powinny towarzyszyć rozwiązania wspierające inwestycje.
Tyle zamieszania, a na końcu może nie zmienić się nic
Istnieje zresztą spora szansa, że cały projekt ostatecznie nie wejdzie w życie. Rzecznik kancelarii prezydenta sceptycznie odniósł się do przedstawionych propozycji, co może zwiastować weto, jeśli rządowy projekt stanie się ustawą i trafi na biurko głowy państwa.
Paradoksalnie taki scenariusz może okazać się politycznie wygodny dla niemal wszystkich najważniejszych uczestników sporu.
Rząd będzie mógł powiedzieć, że przygotował i przeprowadził obniżkę podatków, ale została ona zablokowana przez prezydenta. Jednocześnie napięty budżet nie straci ani złotówki. Prezydent będzie mógł z kolei wskazać, że zgodnie z przedwyborczą „deklaracją toruńską” nie zgodził się na zwiększenie obciążeń dla przedsiębiorców, a przy okazji przypomnieć własny projekt przewidujący korzystniejsze rozwiązania dla pracowników.
Polska 2050, PiS, Rozwój+ i Konfederacja będą mogły przekonywać, że rząd podnosi progi podatkowe pod wpływem ich postulatów, jednocześnie argumentując, że ich własne propozycje szłyby dalej.
I tylko podatnik może na końcu odkryć, że po całej politycznej awanturze nie zmieniło się właściwie nic.






